Paul Jeremy: Wake me up when September ends

8.9.13

Wake me up when September ends



Dzisiaj mniej zdjęć, a więcej tekstu. Jako, że powoli żegnamy lato, postanowiłem nałożyć na siebie coś melancholijno-sentymentalnego – i właśnie takie wydały mi się róże na mojej nowej koszulce. Lubię smutne filmy, powolne ballady i przygnębiające historie bez happy endu. Nie wiem jak to działa, ale to właśnie one najbardziej mnie poruszają i sprawiają, że czuję emocje tak prawdziwe, że niemalże mogę je uchwycić i trzymać w dłoniach. To chyba właśnie dlatego tak bardzo spodobało mi się najnowsze allenowskie dzieło:
Janette, a raczej Jasmine – jak zwykła nazywać siebie tytułowa bohaterka najnowszego filmu Woody’ego Allena „Blue Jasmine”-  prowadziła życie o którym każdy z nas marzy. Mieszkała w Nowym Jorku, wystawiała szykowane przyjęcia, odwiedzała galerie sztuki, od czasu do czasu zajmując się szeroko pojętą filantropią. Nie musiała pracować, bo przy boku bogatego męża miała wszystko, czego zapragnęła. Do czasu. Gdy na jaw wychodzą przekręty finansowe jej małżonka, on sam trafia za kratki a Jasmine – bez grosza – przeprowadza się do ubogiej siostry mieszkającej w San Francisco.
Główna bohaterka przechodzi przez ciężkie załamanie nerwowe – momentami traci oddech, mamrocze do siebie na ulicy i  miewa ataki panik. Obserwujemy ją, gdy próbuje poskładać swoje życie na nowo w San Francisco, nadal nie godząc się z drastyczną zmianą statusu społecznego.  W głównej roli fenomenalna Cate Blanchett, która jako neurotyczna, znerwicowana i nadmiernie egzaltowana Jasmine sprawdza się znakomicie. 
Ostatnim filmem Woody’ego Allena, który widziałem byli „Zakochani w Rzymie” i – moim zdaniem – „Blue Jasmine” bije go na głowę. Fakt, nie jest to typowa komedia – śmiech momentami zamiera w gardle, pojawia się konsternacja, gdy oglądamy jak bezradna bohaterka nie potrafi poradzić sobie ze swoim życiem i pogrąża się coraz bardziej nieuchronnie zmierzając w kierunku katastrofy, ale to nadal allenowski klimat – pełen paradoksów i kontrastów!
To bardzo gorzki, melancholijny film, rozpływający się nad beznadzieją naszego życia, ale właśnie takie historie lubię najbardziej. Idealny na jesienny wieczór!

T-shirt/koszulka - Topman
pants/spodnie - H&M
shoes/buty - Converse

pics by Annie

9 komentarzy:

  1. Hej, piszę do Ciebie jako, że obserwujesz mojego bloga (http://inthearmsoftheart.blogspot.com/). Zmieniłam nazwę i przeniosłam go na inny adres (http://thestyleandco.blogspot.com/), więc jeśli masz ochotę nadal obserwować to zapraszam i przepraszam za spam ;)
    Poza tym, to bardzo podoba mi się Twój zestaw :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Przekonałeś mnie...w wolnym czasie muszę, MUSZĘ zobaczyć ten film!

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie podoba mi się twoja koszulka. :D
    A co do filmu chyba mnie przekonałeś aby poświęcić czas.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam czytać twojego bloga! Twoje przemyślenia na różnorakie tematy (może zabrzmi to dziwnie) ale inspirują mnie do życia. Dzięki że jesteś i oby tak dalej. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne koszulka ,co do filmu z pewnością obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Daj wideo z serduchem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham green day <3 dlatego twój post stał sie przez to jeszcze bardziej wyjątkowy
    fashionchicapresents.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. wygladasz jak pizda ostatnia :v

    OdpowiedzUsuń